wtorek, 12 maja 2015

Najlepsi.


Rodzice chrzestni. Wybierani intuicyjnie. Czasem jedno z nich staje na wysokości zadania i przez całe życie jest. Bywa, że żadne. Mieszko, nie od parady urodzony 13- tego (w piątek !), ma to szczęście mieć najwspanialszych rodziców chrzestnych na całym świecie.

Wujek. Od początku wiadomo było, że to Jemu przypadnie ta rola. Wiadomo było, że oszaleje na punkcie Młodego. Rodzinny, lojalny, totalnie zakochany w Mieszku. Z tej miłości na wszystko Mu pozwala, co Mieszko oczywiście skrzętnie wykorzystuje ;) Trudno o bardziej zaangażowanego Wujka. Nie da skrzywdzić Mieszka, zrobił by dla Niego chyba wszystko. Na stancji trzyma plik Jego zdjęć i zaprasza do siebie na studenckie ferie. Młody twierdzi, ze Wujka kocha najbardziej na całym świecie. Kiedyś powstał taki wpis o Mieszkowym numerze 1. W tym temacie nadal nic się nie zmieniło.

Ciocia. Zaangażowana od pierwszej chwili. Choć był to czas, kiedy daleko nam do siebie było- wysyłała broszury o ciąży i okresie noworodkowym, o którym wówczas niewiele wiedziałam. Poradniki te u znajomego położnego załatwiała. Właśnie Mieszko miał na imię ;) Dzwoniła i pytała jak sobie radzimy. Trzymała za rękę na patologii ciąży i machając mi przed nosem kolorowymi, dzwoniącymi skarpetkami w rozmiarze 0+  mówiła, że będzie dobrze, że innej opcji nie ma. Przyjechała i wszystko przy Nim zrobić chciała. Wykąpać, przewinąć, uśpić. Dać chwilę wytchnienia umęczonej mamie. Nawet gdy zamieszkała w innym kraju Jej rola się nie zmieniła. Odwiedza kiedy tylko może, interesuje się Nim, Jego rozwojem. Jest.

Do tej ekipy rodziców chrzestnych dołączył świeżo upieczony Mąż Cioci Marty- Wujek Paweł. Po pierwszej chwili zawstydzenia, Mieszko przełamał lody, bardzo nowego kompana polubił i teraz wciąż dopytuje "Kiedy ten nowy Wujek przyjdzie? Ja już się Go nie wstydzę ani trochę. I bardzo Go lubię!"

Ciocia Marta postanowiła zorganizować Miesiowi przyspieszone urodziny. Takich prezentów nic już chyba nie przebije. Ukochane Muminki na  torcie, Piotruś Pan, z którym codziennie maszeruje do przedszkola i bluzka z kapitanem hakiem, o którą wiecznie toczy boje (bo wyprać czasami jednak ją trzeba;))  To wszystko nic, bo najwspanialszym prezentem był czas, który mógł spędzić ze swoimi chrzestnymi. To był wspaniały dzień.



Z szafy Mieszka:

Miesio w ubrankach Gocco, marynarce reserved i trampkach Slippers Family:)

czwartek, 7 maja 2015

Majowe dni.


Majówka. Był Wrocław, zoo, ogród japoński, spacer po starym mieście nocą, wycieczki tramwajowe i lody. Ale to wszystko nic w porównaniu z największą atrakcją- dwie noce spędzone w studenckim mieszkaniu ukochanego Wujka. To był wspaniały weekend. Za nami i przed nami więcej takich. Dysk ze zdjęciami powoli pęka w szwach. Obiecuję systematyczne fotorelacje :)



niedziela, 3 maja 2015

Kilka słów o dziecięcej wolności.




Zmysły wyostrzone. Obserwuję niemal przez cały czas, nasłuchuję. biegnę, gdy cisza wydaje mi się podejrzana. Ręka zawsze gotowa by złapać, podnieść, pomóc. Jestem Mamą. Czuwam. Do sklepu, do przedszkola, na spacerze- idziemy za rękę. W końcu "wyszkoliłam" mojego Syna- niepokornego, wolnego ducha.
I jest bezpiecznie.
Ma cztery lata i jeszcze nie bywa nigdzie sam. Nawet w ogródku Babci jest stale z kimś dorosłym, bo kto przewidzi co wykombinuje Jego szalona i skora do psot głowa? Na placu zabaw staram się spuścić Go ze smyczy. Gdy się bawi siadam na ławce, ale nie spuszczam z Niego oka.

Spędziliśmy dwa dni w dużym mieście. Zoo, park, tramwaj, stare miasto. Tłum. Jeden mały chłopiec i trzy dorosłe osoby. Skoncentrowane na pilnowaniu tego małego cały czas. Bo przecież może coś się stać, może się zgubić, wpaść pod tramwaj. Bo może jedna para oczu by nie wystarczyła.

Moje dziecko jest zawsze ubrane stosowanie do pogody. W torebce soczek i chusteczki. Bo może zachce Mu się pić. Może się po brudzi. Dodatkowa bluza czeka w pogotowiu, bo może zrobi Mu się za zimno. I opatrunki odkażające, bo może się zrani. Jestem Mamą, dbam o Jego bezpieczeństwo.

Czy na pewno?

Mój wychuchany Syn trafił wczoraj na wiejskie podwórko swojego Pradziadka. Jak to On, nie miał większych trudności z nawiązaniem znajomości. Już po chwili ganiał z tutejszą dzieciarnią. Po dużym podwórku, po górkach, drzewach, dachach(!), mało uczęszczanej szosie. Obiektywnie rzecz biorąc miejsce sprawia wrażenie niebezpiecznego. Blisko ulica, kamieniołomy, dużo zakamarków, teren tylko fragmentarycznie ogrodzony. Tu Pan spawa, tam ktoś ostre narzędzia zostawił, górka, po której uparli się latać, kamienista, pod nią głaz. Oczyma wyobrazni widziałam już roztrzaskaną głowę mojego Syna.

Dzieciaki w różnym wieku. Nie zawsze ubrane stosowanie do pogody (jedne w bluzach, inne w koszulkach na ramiączkach). Bez soczków i chusteczek nawilżanych w torebce. Bez opatrunków i plastrów odkażających, za to z licznymi zadrapaniami. BEZ RODZICÓW czuwających przy boku. Dzieciaki wieku lat pięciu śmigające na rowerach jak mali rajdowcy, wymiatające na rolkach, o trzy numery za dużych. Kilkulatki rozwiązujące samodzielnie konflikty, organizujące sobie czas, wymyślające sprawiedliwe zasady dla gry "zabieranka", wracające do domu tylko na obiad, kolację i spanie.

Obserwowaliśmy to nasze miejskie dziecko, trochę z ukrycia coby nie było, że tylko za nim, niczym kwoki, rodzice podążają. Dostrzegliśmy to, czego Dzieciaki nie spostrzegły. Dla nich Miesio był atrakcją, nowym kolegą, który po chwili już był "swój". My widzieliśmy inność Mieszka. Jego rezerwę by frytkę, która spadła w piach po prostu otrzepać i zjeść. Bo przecież Mama zrobiła już tysiąc wykładów na temat zarazków czających z każdej strony. Widzieliśmy też wielką radość na Jego  twarzy. Posmakowała Mu ta wolność. I poradził sobie świetnie. Wcale nas nie potrzebował. Tylko nam trudno było zostawić Go w spokoju i nie pytać "A może zimno? siusiu? pić?"

Bawił się zgodnie przez wiele godzin. Został poczęstowany frytkami, poczęstował czekoladą. Wymienił hulajnogę na rower. Rozwiązał razem z dziećmi konflikt, pocieszył koleżankę. Wszystko sam. choć nadal dyskretnie obserwowany , zdarzyły się jednak chwile gdy znikał nam całkowicie z oczu na długie minuty.

Inaczej wychowujemy Dzieko my. Inaczej rodzice tych Dzieci. Kto lepiej? Obawiam się, że NIE my.

Bo to tamte Dzieciaki będą wspominać podwórkowe dzieciństwo. To one mając lat kilka uczą się już współpracy, rozwiązywania konfliktów. Są niezależne i samodzielne. Odpowiedzialne. Starsze wiedzą, że trzeba zadbać o te młodsze. Wbrew pozorom- wcale nie ulegają wypadkom. Spytałam Pradziadka czy był wypadek z udziałem Dziecka w kamieniołomach. "Nigdy z udziałem tutejszych dzieci.". Bo te Dzieci mają wyostrzone zmysły.Obserwują, nasłuchują. Są uważne. I bezpieczne. To bezpieczeństwo nie od Mamy, która czuwa zależy. A od Nich samych. Wiedzą gdzie lepiej nie chodzić, która zabawa jest niebezpieczna. Są nauczone samodzielnego myślenia.

Pewnie, że nasz świat jest niebezpieczny. Ale nasze Dzieci muszą nauczyć się w nim żyć. Usuwając im spod nóg wszelkie przeszkody, nie uczymy jak sobie z nimi poradzić. Myśląc za nie, nie uczymy Ich myślenia.

To trochę tak jak z moją Chrześnicą. Mieszka w dużym mieście, wraca sama ze szkoły już od dawna. Nigdy nic Jej się nie stało. Wie co to znaczy mieć "klucz na szyi" i samodzielnie wrócić do domu. Dziewczynka z tej samej szkoły wracała sama do domu raz. I wpadła pod samochód.

Od dawna ten temat się kotłuje w mojej głowie, a od wczoraj jakby bardziej. Nie chcę być kwoką, nie chcę ograniczać mojego Dziecka na każdym kroku. Nie chcę zwolnić Go z myślenia. A robię to.

Pewnie, że nie wypuszczę Go samego "na miasto", ale czasami czekam pod sklepem gdy robi zakupy (sam!), spuszczam z Niego wzrok, gdy bawi się na placu zabaw (jestem jedną z nielicznych tego rodzaju mam). Postaram się  robić to częściej i przełożyć, to co w tamtych dzieciach spostrzegłam na nasze, miejskie, realia.

Do czego chcemy wychować nasze Dziecko? Na pewno nie do bezradności. Mam nadzieję, że wychowamy odważnego, samodzielnego, odpowiedzialnego człowieka.

środa, 29 kwietnia 2015

Razem damy radę.


"Dziś tu zajrzę.", "Zrobię w końcu porządek na blogu.", "Nowego posta machnę.". Tak wciąż obiecuję sobie, ale życie swoje scenariusze pisze, o zdanie nie pyta. Spraw do załatwienia na głowie tysiące, to już tak jest, że wszystko zwala się na raz, prawda? To też taki czas, kiedy bardziej docenia się chwilę spokoju, nudy, nicnierobienia. Jeszcze bardziej cieszy uśmiech Dziecka, promień słońca, wolne popołudnie. Ostatni wypad do lasu przyniósł sporo tych doznań. W naszym trio kocham chyba najbardziej zwariowane pomysły. Jak ten by w zwykły, powszedni dzień znienacka upiec o 17-tej bułeczki z warzywami, zgarnąć koc pod pachę i karton soku do torby i jeszcze przed 18-tą cieszyć się w najlepsze piknikiem w środku lasu. Bezcenne chwile. Piękne zakończenie kolejnego, dobrego dnia. Bo ile niełatwych spraw by się na te nasze głowy nie zwaliło, razem damy przecież radę :)


Kalosze- Cayole, uwielbiamy tak jak te zeszłoroczne :) Kaloszki mają wyjmowaną skarpetę, więc będą dobre na każdą porę roku.

Legginsy- Pocopato- nasza konkursowa wygrana. Wybraliśmy wzór 'be brave', z leśnymi motywami. Cudne są!

Bluza- ulubiona od roku,  Wata Cukrowa

Torby i torebeczki na piknik/ lunch- obie rewelacyjne, ale hitem u nas jest ta, w którą można zawinąć kanapkę. Wyściełana bezpieczną i sztywną ceratką- wystarczy przetrzeć i jest gotowa do kolejnego użycia. Koniec z marnowaniem jednorazowych torebek! Co prawda na zdjęciu widzicie dodatkowy papier, ale jest to papier do pieczenia- bułeczki były jeszcze ciepłe, bałam się, że ceratka się stopi. Kiedy zawijamy standardową kanapkę- wystarczy sama torebeczka;) Ta większa, na lunch, też wyściełana ceratką. Nie będzie tragedii jak rozleje nam się kolejny soczek ;) Na stronie producenta znajdziecie kilka wzorów i kolorów
More Than Bag

Jeansowa katana- Next
Chustka- Reserved